Spór górnośląskiego prowincjonalizmu z regionalizmem


Gdy czytam ostatnie wywiady z prof. Franciszkiem Markiem, dr. Józefem Musiołem, senator Marią Pańczyk-Poździej, Andrzejem Stanią, liderem Związku Górnośląskiego i innymi specjalistami od śląskości „średniego pokolenia”, czuję, że żyję w Europie. Choć dla niektórych może wydawać się to paradoksem, ich głos w dyskusji nad projektem intelektualnym naszego górnośląskiego kraju świadczy o tym, że niczym nie różnimy się od reszty Starego Kontynentu. Otóż coraz wyraźniejszy staje spór pomiędzy prowincjonalizm a regionalizmem, konflikt, który mają za sobą inne regiony w Europie Zachodniej, m. in. Katalonia, Galicja, Szkocja, Walia czy Bawaria. Dlatego pod tym względem wspomniane wywiady nie są bulwersujące. Takie głosy musiały się pojawić i będą się pojawiać. Górny Śląsk ze swoją 100% europejskością jest nośnikiem śląskości w wymiarze kosmopolitycznym i lokalnym. My zawsze byliśmy w Europie, również wtedy, kiedy potomkowie obecnie rządzących Rzeczpospolitą stali na czele polskiego „Drang nach Osten”. Z tego powodu tylko w naszym regionie trwa międzypokoleniowa konfrontacja o definicję śląskości i wizję przyszłości Górnego Śląska i Ślązaków.

Chcę od razu zauważyć, że nie jest to typowy konflikt pokoleń. Trudno wydzielić precyzyjną granicę pomiędzy młodymi a starymi. Nie można jej ustalić na podstawie metryki urodzenia. Mamy bowiem zwolenników młodych, którzy cieszą się już z prawnuków, jak młodych, podzielających poglądy starych. Z dużą jednak ostrożnością można przyznać, że w większości młodzi są młodzi duchem i ciałem, a starzy jak to starzy… Obóz młodych reprezentuje nowoczesny regionalizm, obóz starych zachowawczy prowincjonalizm. Podział jest na wskroś europejski, bo jest charakterystyczny dla każdego zachodnioeuropejskiego regionu.

Młodzi zwolennicy regionalizmu w oparciu o strategię gospodarczej modernizacji domagają się zmian instytucjonalnych i redefinicji państwa centralistycznego. Wiedzą doskonale, że odpowiedzią na globalizację (czyt. integrację europejską), musi być autonomizacja regionalna, dzięki której regiony mogą skuteczniej rozwiązywać swoje wewnętrzne problemy i konkurować z powodzeniem na rynku europejskimi i światowym. Ta dalekowzroczność różni ich od krótkowzrocznych zwolenników prowincjonalizmu. Ci drudzy, obrońcy XIX wiecznego scentralizowanego państwa narodowego, nie pojmują, że na naszych oczach kurczy się ono i topnieje. Broniąc straconej sprawy, brutalnie atakują młodych, krzycząc: „Separatyści!” Przy tym odwołują się do rzekomego autorytetu starszeństwa.

Starzy -w przeciwieństwie do młodych- mają kompleks stolicy, dlatego są żarliwymi wyznawcami quasi-kolonialnego drenażu zasobów z prowincji do centrum. Oczywiście nie mówią tego wprost w obawie o reakcję regionalnej opinii publicznej. Bardzo często swoje prawdziwe intencje ukrywają za pustosłowiem o „poszerzaniu roli samorządów” czy „nowej reformie samorządowej”. Jak na prawdziwych stronników prowincjonalizmu nie dbają o to, co dzieje się poza ich folwarkiem. Dlatego współczesne koncepcje autonomii terytorialnej, jako realnej samorządności, są im zupełnie obce.

Starzy w sprawach regionalnych mają swoją „prawdę objawioną”. Według nich śląskości towarzyszy szereg dogmatów rodem sprzed dwóch stuleci. Wszelkie próby nowej definicji śląskości, uwzględniające społeczną dynamikę tego fenomenu, kwitują dramatycznym wrzaskiem: „Herezja!”. Mają do tego prawo, tak jak młodzi mają prawo powiedzieć im: „Dość!” Nowocześni regionaliści mają prawo mówić, że dla nich śląskość to nie tylko śląski żur i wodzionka. Młodzi mają prawo domagać się prawnego uznania śląskiej godki za język regionalny, a opór starych traktować jako intencjonalne działania skierowane przeciwko przyszłości śląszczyzny. Młodzi mają prawo ponownie przemyśleć swoją tożsamość i definiować ją w kategoriach narodowości czy mniejszości etnicznej.

Ostro z górnośląskim prowincjonalizmem rozprawia się Zbigniew Kadłubek. Przypisuje mu postawę antyobywatelską i krytykuje za uwielbienie kiczu. Odnosząc się do pierwszego zarzutu, pisze:

Szczytem humanizmu jest zaangażowanie obywatelskie. Humanistycznie wykształceni Górnoślązacy (przede wszystkim na Uniwersytecie Śląskim, który pozostaje najszczęśliwszym miejscem dla ludzi jako tako wolnych) rozpoczęli wtedy (20 lat temu) debatę nad podstawowym planem intelektualnym swej krainy. Przejęli się Peryklesem i odróżnianiem jasnego od ciemnego. Zapragnęli świata, gdzie się rozróżnia, odróżnia, wyróżnia. Gdzie się mówi o zrywaniu, co nie znaczy z dnia na dzień przestaje się być w rodzinnym mieście metojkiem. Nowoczesna tożsamość górnośląska, jako humanistyczny dyskurs i rodzaj tradycji humanistycznej, rozwija się od dwudziestu lat. Jest refleksem umacniania się społeczeństwa obywatelskiego w Rzeczpospolitej Polskiej.

To rzecz normalna, że funkcjonariusze dawnej Polski totalitarnej – funkcjonujący zresztą świetnie nadal – są niezadowoleni z obywatelskiej postawy Górnoślązaków. Budzi ich odrazę – pogrobowcy peerelowscy patrzą z obrzydzeniem na szczęście młodych ludzi z flagami o górnośląskich barwach. Jak tym badaczom z doby totalitarnej Górny Śląsk się skomplikował! Nie rozumieją procesu autonomizowania się górnośląskich dusz. Wychodzenia z cienia. Są zresztą nie tylko niechętni obywatelskiej świadomości górnośląskiej, są przerażeni wolnością w ogóle. Trawi ich morbus flatorum vitri, czyli choroba dmuchaczy szkła. Ględzą i ględzą, w kłamstwach grzęzną i rzężą, dmą w puste butle. Przyzwyczaili się, że zarządzają snami górnośląskimi i produkują śląski kicz (ważne, by używać w tym kontekście słowa „śląski”, a nie nazywającego rzeczy po imieniu przymiotnika „górnośląski”). Patrzą na rujnującą się kłamliwą konstrukcję i wywracają oczami. (Źródło: Zbigniew Kadłubek, List do Stefana Szymutki, [w:] Fabryka Silesia, nr 1/2012, s.46-47)

Drugi zarzut, dotyczący kultu śląskiego kiczu, Kadłubek sformułował następująco:

Kicz na Górnym Śląsku to sprawa najokropniejsza. Michał Smolorz ma rację, gdy co jakiś czas ten kiczowaty biznes piętnuje. Od lat 20. XX wieku wciska się Górnoślązakom kicz, który miałby rzekomo zastąpić ich potrzeby duchowe. Kicz tzw. strojów ludowych, ludowych pieśni, ludowej mowy. Obdarzmy Górnoślązaków, mówią do siebie kiczowi macherzy, takim kiczem, może znielubią sami siebie. Ośmieszmy ich, szepczą między sobą, ośmieszmy. Zorganizujmy dla nich konkurs, gdzie wystąpią niczym Papuasi (kłaniam się z szacunkiem Papuasom i przepraszam: referuję cudze słowa, sam za Papuasami przepadam, marzy mi się papuasko-górnośląska liga przeciwko tańcom przebierańców w kolorowych strojach). Wepchnijmy ich do skansenu, mówią ci ludzie. Do rezerwatu! I niech opowiedzą zabawną historyjkę w tym swoim gardłowym narzeczu –mówią oni dalej– śmiesznej gwarze nieuczonej gawiedzi. I niech się ładnie przebiorą w kolorowe kiecki. Ale się pośmiejemy! Może przy okazji także zarobimy, kombinują! Zapłaćmy sobie pieniędzmi Górnoślązaków (podatników!) za upokorzenie Górnoślązaków!

A zatem kicz! A z kiczem jest tak: „Kicz nie jest bynajmniej zjawiskiem o znikomej szkodliwości społecznej i dlatego zasługującej tylko na lekceważenie czy obojętność.” Powyższe słowa należą do Pawła Śpiewaka. Kicz to kwestia mistyfikacji i poważna manipulacja etyczna. Kicz jest fałszem rzeczywistości. Totalitaryzmy kochają się w kiczu. Dlatego ta przedłużająca się agonia PRLu na Górnym Śląsku (poprawniej, choć głupio: w województwie śląskim) pragnęła kiczu (pragnie wciąż!). Proszę zapytać Saula Friedlandera: od milutkiego ciepełka kiczu do faszyzmu jeden krok. Powtarzam: niehumanistyczne, nieludzkie, zbrodnicze jest czynienie z Górnego Śląska kiczowatej areny, na której miota się folklorystycznie upudrowana Katie Price i wywrzaskuje coś o Gogolinie. Kiczu nie chcemy. Naprawdę. Przemilczam adresatów tego błagania. Oni wiedzą. (Źródło: Zbigniew Kadłubek, List do Stefana Szymutki, [w:] Fabryka Silesia, nr 1/2012, s.47)

Nie zamierzam podgrzewać międzypokoleniowego konfliktu, choć w jakimś stopniu jestem stroną w tym sporze. Jedno jest pewne. Nie możemy dopuścić do regionalnej wojny pozycyjnej. Młodzi powinni ze zrozumieniem odnosić się do oporu starych wobec rewolucyjnych ich zdaniem zmian. Starzy muszą zdać sobie sprawę, że opór doprowadzi do zaprzepaszczenia szansy na gospodarczy i społeczny awans Górnego Śląska. Obserwując doświadczenia zachodnioeuropejskie trzeba powiedzieć, że recepta na sukces Górnego Śląska jest jedna. Promodernizacyjny, wręcz kosmopolityczny, regionalizm i stary, dbający o tradycję, prowincjonalizm muszą znaleźć nic porozumienia. Drogę tę wybrały, odnoszące sukcesy, Katalonia, Szkocja czy Bawaria. Tę drogę powinien wybrać Górny Śląsk.

7 myśli nt. „Spór górnośląskiego prowincjonalizmu z regionalizmem”

  1. „i stary, dbający o tradycję” – jaka ? czyja ? ta gorolska, importowana, imigrancka, wszechpolska ??? TO NIE JEST SLASK(OSC) !!!!!!

  2. Czy istnieje narodowosc bawarska, czy w szkoach bawarskich uczy sie jezyka bawarskiego? Ideologowi Z. Kadłubkowi nalezy sie informacja ze wiekszosc podatnikow na G. Slasku to gorole. Tworca statuetki gornoslaskiego Tacyta w PRL stworzyl m. in plaskorzezbe Dzierzynskiego i pomnik bohaterow armii radzieckiej

    1. Dziękuję za komentarz. Może warto byłoby zadać sobie pytanie, kim jest dziś „gorol”, niż operować pustymi etykietkami. Rzeczą bezsprzeczną jest, że etniczni Ślązacy na Górnym Śląsku są w mniejszości. I co z tego? Ruch Autonomii Śląska nie walczy o autonomię kulturową, a terytorialną. W jego koncepcji dominującą rolę odgrywają sprawy ekonomiczne. Obecne państwo polskie doi z każdego tak samo, czy to podatnika, w którego żyłach płynie „czysta śląska krew”, czy to „gorola” mieszkającego na Górnym Śląsku😉

      1. Ja na Górnym Śląsku mieszkam od ponad 20 lat i raczej nie mogę powiedzieć, że moja rodzina pochodzi stąd to czuję się Ślązakiem. Według mnie tylko to się liczy, bo pośród moich znajomych bardzo wielu jest takich jak ja, a ci rdzenni nie mają z tym żadnego problemu. Wszyscy jesteśmy Ślązakami, godomy po Slunsku i jest nam tu dobrze, ale wiemy, że może być lepiej dlatego w większości pragniemy autonomii dla naszego Górnego Śląska.

        1. Dziękuję za komentarz. Z uporem maniaka będę powtarzał, że Ślązakiem jest ten, kto na Śląsku mieszka, pracuje i chce chce nim być. To jest kwestia wyboru, a nie „grupy krwi”.

  3. Samorządność terytorialna świetnie się sprawdza…. ale na poziomie gminy – czyli małego lokalnego środowiska dbającego o zaspokojenie potrzeb stricte lokalnych. Przenoszenie tych rozwiązań na poziom regionalny jest po pierwsze nieporozumieniem a po drugie jak Maras zauważył, fikcją zupełną, która ukryć ma prawdziwą intencję – by nadal zachować władzę w łapskach stołecznej centrali (to tak jakby wiertłem dentystycznym wiercić dziury w ścianie). Losy „ślimaczącej się” z dziwnych powodów reformy samorządu wojewódzkiego dobitnie to pokazują.
    Warto pamiętać, że Górny Śląsk jest jednym z niewielu regionów tego kraju gdzie lokalna samorządność ma nie tylko tradycje ale i zachowała świadomość. W tym kraju za ekspertów od tzw. „samorządności” uchodzą warszawscy „specjaliści”, którzy jak zawsze „znają się na pływaniu, bo dużo o tym czytali”. To jest jeden z charakterystycznych rysów głupoty rodem z Kongresówki. Co oni o tym mogą wiedzieć? Kiedy to praktykowali? W XIX w. gdy byli pod berłem Króla Polskiego Cara z Petersburga? Wszak to było skrajnie centralistyczne i zamordystyczne państwo. Może kupy zbójecko – szlacheckie w czasie tzw. powstań, grasujące po lasach i rabujące okolicę to był ten samorząd po polsku? A może II RP rządzona przez legionową soldateskę? a może Generalna Gubernia? A może PRL i WRONa, bo o tzw. radach narodowych jako samorządzie cetralistycznym wtedy pisano?
    Śląsk ma tradycje samorządowe, bo to tutaj, wtedy w czasie nowoczesnej monarchii pruskiej” realizowała się reforma profesora Gneista, która dziś jest podstawą europejskiej samorządności zwłaszcza poziomu lokalnego, gminnego. Tej tradycji i tego doświadczenia nie zdołały stłamsić ani wygłupy piłsudczyków w II RP ani zamordyzm PRLu. Gwoli ścisłości nie tylko Śląsk może się poszczycić taką dobrą tradycją. Także np. Wielkopolska ale tam w sumie udany rozwój samorządu „przykryły” ekscesy polskiego nacjonalizmu z jednej strony a opresyjna polityka pruskich władz z drugiej. Jeszcze gorzej wyszło w Galicji, która wchodziła w skład Monarchii gdzie w austriackiej części udał się mariaż szerokiej autonomii regionalnej w prowincjach z szerokim samorządem lokalnym (patrz Śląsk Cesarski wszak stąd pochodzili tacy ludzie jak Kożdoń). Jak to się ma do „samorządowej Kongresówki” wystarczy porównać Wiedeń czy Pragę oraz miasta czeskie i ich wygląd ze „stolycom” i zapyziałymi miastami gubernialnymi w Kongresówce – vide Sosnowiec czy Łódź. W Galicji to akurat nie wyszło najlepiej, bo tam podupadający szlachetkowie pod hasłami repolonizacji administracji a wykorzystując stanowy charakter ówczesnego samorządu w istocie torpedowali wszelkie sensowne reformy gospodarcze i modernizacyjne płynące z Wiednia. (To nie pierwszy raz gdy polski nacjonalizm dochodzi do wniosku, że lepiej niechby w nędzy żyli byleby po polsku kultywując mesjanizm). Tak więc o ile Śląsk to przykład pozytywny Galicja nie za bardzo – ale to ważne ostrzeżenie.
    A już na pewno z dystansem należy podchodzić do wywodów „warszawskich specjalistów” od tej materii. Jak pasterz chce dobrze opiekować się owieczkami niech raczej idzie po poradę do weterynarza a nie do rzeźnika. Wszak obaj w pewien sposób kochają zwierzęta ale każdy jakby na swój sposób.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s