Fenomen Śląski

bp Andrzej Czaja

Esej o potrzebie zrozumienia i możliwości realizacji
śląskiego dziedzictwa etniczno-kulturowego

ks. bp dr hab. Andrzej Czaja, prof. KUL

Odzyskiwana na skutek głębokich przemian wolność obywatelska przynosi między innymi różne rodzaje i formy pluralizmu. W całej Europie środkowo-wschodniej „odżywa” cała gama mniejszości etnicznych, narodowych, kulturowych i religijnych. U nas wypłynęła na powierzchnię, przez wszystkie lata powojenne, skrzętnie pokrywana milczeniem i skrywana „sprawa śląska”. Ten właśnie fakt, a ponadto lektura dwu numerów miesięcznika „Znak” traktująca o polskości i kilku artykułów związanych z problematyką śląską, leżą u podstaw poniższego eseju [1]. Chcę w nim naszkicować własne widzenie, własne spojrzenie na Śląsk, Ślązaków, a przede wszystkim na to, co analogicznie do niemieckości czy polskości odważam się nazwać „śląskością”. W owym „własne spojrzenie” kryje się między innymi to, że jestem synem typowej śląskiej rodziny, z dawnego oleskiego powiatu. Rodziny, która stała „obok” plebiscytu, „obok” śląskich powstań, „obok” stalinowskich weryfikacji ludnościowych. Przy tym doświadczała w ciągu pokoleń prób zarówno zniemczania, jak i polonizowania. Mimo to tkwiła w śląskiej tradycji, kultywowała śląski obyczaj i zwyczaj. Mówiąc więc o Ślązakach, mówiąc o śląskości, będę mówił o sobie i o tych, z którymi jestem, z których wyrosłem i których, jak myślę, rozumiem.

1. Niepokojące zjawiska

Nie tak dawno na murach jednego ze śląskich miasteczek można było przeczytać napis: „Goebelsy za Odrę. Wynoście się stąd albo was sami wykopiemy”. W dobie dyskusji nad przyjazdem Helmuta Kohla na Górę św. Anny jeden z reporterów Teleekspresu stawia pytanie (przytaczam z pamięci): „Czy planujący wizytę Kohla na Górę św. Anny zdają sobie sprawę z tego, czym jest Góra św. Anny dla Polaków?” (Pomyślałem tylko: „A czy Polacy wiedzą, czym jest ta Góra dla Ślązaków?”). Albo rzekome nabożeństwo pojednania w Krzyżowej. Jest Kohl, jest Mazowiecki, jest bp Nossol (główny „winowajca całego tego zamieszania” – jak to większość powtarzała w tym czasie) i jest… bp Rybak bez Eminencji z Wrocławia, Krakowa czy Warszawy. Idźmy dalej. Na KUL, wśród studentów i księży, słyszy się słowa oburzenia i wyrzutu. „Co oni tam na Śląsku wydziwiają? Jakim prawem domagają się Niemców?” I wreszcie szczyt wszystkiego: czas kampanii o senatorski fotel województwa opolskiego, – wybijane szyby, porysowane samochody… Są nawet pobicia, nie mówiąc o głupich, demagogicznych artykułach w prasie, zwłaszcza lokalnej. Jawi się pytanie: „Skąd to wszystko i dlaczego?”

Równie dziwne zdarzenia i fakty z drugiej strony. Nagłe zapomnienie języka polskiego i wołanie o język niemiecki w szkole, w życiu publicznym i w liturgii Kościoła. Rzecz paradoksalna – wołają o język nie ci, którzy go znają – dziadowie i ojcowie. Wołają ludzie młodzi, a najogólniej ci, którzy ledwie potrafią co nieco po niemiecku przeczytać. Tworzą się też mniejszościowe związki, lecz na ich czele w wielu wypadkach stoją ludzie o wątpliwej reputacji i proweniencji, by nie powiedzieć dosadniej… Tu i tam nawet księża ulegają „modzie” i sami sobie dzielą parafie w nieprzemyślany sposób wprowadzając niemieckie nabożeństwa, czy odprawiając niemieckie msze. Dodatkową ciekawostką może być jeszcze fakt, że najczęściej są to księża nie-Ślązacy. I znowu pytanie: „Skąd to wszystko i dlaczego?”

Wreszcie na czas Wielkiego Postu 1990 roku biskup opolski A. Nossol pisze bardzo piękny list pasterski pt. „Potrzeba pojednania dzisiaj”. Jest to jedno wielkie wołanie o pojednanie w duchu Chrystusowej ewangelii Miłości. Autochtonów wzywa biskup do trwania na ziemi ojców, a wywodzących się z ludności napływowej zapewnia, że nikt nie uważa ich za intruzów. Ziemia Śląska jest ziemią i „małą Ojczyzną” jednych i drugich [2]. Odzew – w wielu jeszcze wypadkach bardzo smutny. Autochtoni zaczęli mówić o zdradzie, a ludność napływowa powtarzała z oburzeniem „Jakim prawem?” I raz jeszcze pytanie: „Skąd i dlaczego?”

Odpowiedź można sformułować krótko. Zasadniczą przyczyną jest brak zrozumienia. Jest to niezrozumienie obopólne. Niezrozumienie ludzi spoza, niezrozumienie ze strony pewnej części śląskiego ludu. Niezrozumienie to jest zasadniczo różne.

2. Wołanie o zrozumienie

Ze strony wielu Ślązaków to niezrozumienie określiłbym raczej słowem „nieporozumienie”. Wynika ono z pewnego braku uświadomienia i napędzane jest chęcią odwetu za doznane od wielu lat krzywdy, jak też chęcią znalezienia odkupieńczego państwowego tworu, który spełniłby przynajmniej część pokładanych w nim nadziei. Stąd to wpatrzenie w dobrze ekonomicznie sytuowany „Reich”. Pewne zatem zachowania Ślązaków są po prostu reakcją na akcję: akcję szykan, przemocy, ograniczania wolności i różnorodności.

Obecnie przeto, samookreślanie się Ślązaka jest często mocno emocjonalnie zabarwione. Nie chcę być ile zrozumiany. Jest z pewnością na Śląsku pewna grupa mniejszości niemieckiej. Tej mniejszości należą się prawa na tej samej zasadzie, jak Polonii w krajach zachodnich. Ci – jak ich określa Stefan Bratkowski [3], Ślązacy-Niemcy, mają takie samo prawo do wołania o uprawnienia jak Polacy na Litwie. Ale nie to jest w tej chwili istotne. Chcę tu zwrócić uwagę na inną rzecz. Starszy nieco kolega niemal ze szkolnej ławy, obecnie kościelny w mej rodzinnej parafii, od początku mocno zaangażowany w mniejszość niemiecką, „krzyczący”, że Kościół kolejny raz ich zdradza nie wprowadzając niemieckiej mszy czy nabożeństw, ostatnio powiada mi tak: „Wiesz co? Ja widzę, że nie o to chodzi. Nie idzie o niemiecką mszę, czy lekcje języka niemieckiego w szkole. To są konkretne środki i o nich nie wolno zapomnieć. Najpierw jednak musimy sobie uświadomić, czego właściwie chcemy. Nie chodzi o przyłączenie do Niemiec, czy dobrowolną germanizację. Tu idzie o przetrwanie śląskiej kultury, naszej śląskiej tożsamości”. Zbudowałem się tymi słowami. On nareszcie się ocknął. Zrozumiał istotę. Zrozumiał sedno. Wypowiedział to, co czuje większość śląskich serc, nie zawsze świadomych tego. Zachłyśnięcie się nagłą wolnością i emocje związane z jeszcze jednym rozczarowaniem spowodowały zachwianie równowagi. Dzieje się to po części trochę na zasadzie psa spuszczonego z łańcucha. Dlatego ten „wymuszony” Polak, stał się nagle „zagorzałym” Niemcem. Ale on przecież co innego czuje. On nie czuje się ani Niemcem, ani Polakiem. On jest Ślązakiem. Wydaje się więc, że w miarę jak będą stygnąć emocje i jak następować będzie w kraju poprawa zwłaszcza ekonomiczna (to może być najlepsze lekarstwo na dotychczasowy zawód) Ślązak na nowo poczuje się Ślązakiem i podejmie trud walki o swoją tożsamość. Będzie to bardzo trudne. Pewnych rzeczy się nie odwróci. Masowe wyjazdy są jaskrawym tego przykładem, choć może być i tak, że będą wracać – co daj Boże. Naprawdę, bardzo bym tego pragnął. Ważkim warunkiem odrodzenia na pewno będzie odpowiednie uświadomienie – tu widzę naczelne zadanie powstających regionalnych śląskich zrzeszeń. Z całą zaś pewnością koniecznym jest wsparcie z zewnątrz. Chodzi tu zwłaszcza o zrozumienie Ślązaka przez innych. Są więc pewne warunki, są potężne przeszkody, które trzeba będzie pokonać. Bez względu jednak na wszystko, jasnym jest dla mnie, że trzeba próbować, bo naprawdę warto. Postaram się to ukazać w następnej części.

Tymczasem wróćmy do zasadniczej myśli. Omówiliśmy już wyżej emocjonalnie o zabarwione dzisiejsze niezrozumienie śląskości przez część samych Ślązaków. Obecnie spójrzmy na niezrozumienie Ślązaka przez innych, a konkretniej na niezrozumienie Ślązaka przez Polaka.

Napisałem już, że Ślązak nie czuje ani Niemcem, ani Polakiem – choć może czasem dla wygody czy bojaźni (i to są wyraźne wady Ślązaka) określi się jednym lub drugim. Kiedy jednak zdobędzie się na odwagę i powie, że nie jest Niemcem ani Polakiem, lecz Ślązakiem, spotyka się najczęściej z niezrozumieniem. Sam tego doświadczyłem. Pamiętam jak dziś… Był taki trochę pochmurny dzień. Wracałem z kwiatem młodzieży polskiej ze spotkania młodzieżowego z całego świata z Ojcem Św. w Santiago de Compostella. W pewnym momencie, ktoś rzucił propozycję, by podzielić się swoimi spostrzeżeniami i wrażeniami z pielgrzymki i wspólnego bycia z sobą. Podchodził więc, kto chciał do autobusowego mikrofonu dzielił się. Podszedłem i ja. Sam właściwie nie wiem, dlaczego, dość dziwnie rozpocząłem. „Nie czuję się Niemcem” – powiadam. „Nie czuję się też w pełni Polakiem. Jestem Ślązakiem”. Następnie wypowiedziałem kilka uwag, bacznie wszystkich obserwując. Miałem wrażenie, ze mnie w ogóle nie słuchają. Zaabsorbowało ich to niecodzienne wyznanie. Na ich twarzach pojawiło się wyraźne zdziwienie, a w umyśle nieład, niezrozumienie. Gdy wracałem już na swoje miejsce, zatrzymał mnie Władek, student architektury. Ślązak z Rudy Śląskiej i szepnął: „Ja księdza rozumiem”. Siedzący zaś przede mną student Politechniki Lubelskiej poprosił: „Niech mi to ksiądz wyjaśni”. Przesiadł się na miejsce mojego sąsiada i potoczyła się długa rozmowa. Usiłowałem wytłumaczyć najlepiej, jak tylko potrafiłem. Trudno mi jednak było oddać czucie serca i do dziś nie wiem, czy zrozumiał. Wiem, ze dziś tłumaczyłbym zupełnie inaczej. Wielkim przyczynkiem rozjaśniającym była dla mnie lektura wspominanego tu juz artykułu Stefana Bratkowskiego „Za zdrowie milczących”. Autor ujmuje w nim bardzo trafnie, a jednocześnie prosto i zrozumiale to, co zawsze czułem, ale co tak trudno było mi wyjaśnić w autobusie i na innych miejscach.

We mnie, Ślązaku, nigdy nie było heroicznego umiłowania Ojczyzny ponad przywiązanie do rodzinnej ziemi, krainy, regionu. To, co tak bardzo cechuje Polaka, ogromny patriotyzm, nigdy nie przemawiał do mnie. Ojczyzna to coś abstrakcyjnego, odległego. Konkretem, czymś bliskim, jest rodzinna ziemia i kraina. Dlatego zdziwiłem się, gdy po raz pierwszy w Seminarium Nyskim usłyszałem: „Najświętsze Serce Boże, poświęcamy Ci naszą Ojczyznę, miasta i wioski”. O co chodzi? U nas zawsze śpiewało się naszą krainę, miasta i wioski. I to było bliskie. Zresztą, przykładów podobnych można by tu podać więcej. W każdym bądź razie wydaje mi się, że ta inność odczuwania nie jest tylko sprawą rodzinnego wychowania. Rozjaśnia to właśnie Bratkowski. Polacy – powiada – tworzą naród, który od wieków miał swoje państwo i miał za punkt honoru bronić jego bytu, oddając życie za jego niepodległość i suwerenność. Polacy, jako naród, dziedziczą kulturę, etos sposób bycia państwa szlacheckiego, wzorującego się na republikańskim Rzymie. Czerpane z tej szlacheckiej doby wzory obowiązują wszystkich bez względu na różnice kulturowe między dzielnicami. Natomiast Śląsk, znajdując się przez całe wieki poza obrębem tak kształtowanego narodu, takiego szlacheckiego Państwa pozostał po prostu ludem. Był ludem podzielonym, do którego od XII wieku napływali Sasi, Turyngowie, Bawarzy, Hesowie, Szwabi. Napływ ten spowodował, że ideał niemieckich miast Rzeszy stawał się wzorem cywilizacji i kultury na Śląsku. To pozostało nawet wówczas, gdy w XIX wieku zaczęła się kształtować w Europie świadomość przynależności narodowej. Nie przemogła tego nawet nachalność pruskiego nacjonalizmu. Ogromna większość pozostawała ciągle tylko Ślązakami. Dlatego „gdy jedni ginęli w powstaniach śląskich za powrót do Macierzy, inni odżegnywali się od walczenia za cokolwiek, ponieważ ‘śląskość’ oznaczała dystansowanie się od wszelkiej ‘polityki’”[4]. Taki stan trwa po dzień dzisiejszy. Jak nie można było wnieść do kościoła sztandaru ze swastyką, tak nie można i dziś wnosić biało-czerwonej flagi czy tez śpiewać „Boże, coś Polskę”. Jak nie było wielkiego zaangażowania w powstaniach, tak nie było zaangażowania w sierpniu 1980 roku (choć tu pogratulować trzeba „Komunię” , która jak doskonale rozbiła więzi łączące miasto ze wsią, tak doskonale skłóciła Śląsk z resztą). A zatem jest to fakt głęboko historycznie uwarunkowany, że Ślązak ponad Ojczyznę (Vaterland) miłuje rodzinny kraj, rodzinne strony (Heimat). Ma to głębokie korzenie historyczno-kulturowe, że Ślązak nie określa się Niemcem czy Polakiem, ale właśnie tylko Ślązakiem (podobnie zresztą jak w RFN-ie po dzień dzisiejszy czyni Bawarczyk).

Dodatkowe jeszcze wyjaśnienie tej kwestii znalazłem przy lekturze dwóch numerów miesięcznika „Znak”, cytowanych już wyżej, na temat polskości. Z lektury tej wynika, że jeśli chcemy mówić o polskości, to musimy uwzględnić dwa jej nierozłączne wymiary podmiotowy i przedmiotowy. Przedmiotową stroną jest to, co nazywamy wspólną skarbnicą, korzeniem, duchową ojczyzną. Składa na nią dziedzictwo symboli-obrazów oraz obrzędowość, obyczaj. To jest właśnie to, przez co polskość nam się jawi. Nie jest to jednak wszystko. To co nam się jawi można odrzucić lub zaakceptować i rozwijać. W tym zawiera się owa struna podmiotowa. Jest to mój akt, owo świadome opowiedzenie się za tym, co nam się jawi jako polskość. A zatem całościowo – polskość to świadoma przynależność do wspólnoty narodowej. Stąd bez świadomej mojej decyzji nie ma we mnie polskości. Z kolei, decyzja ta jest utrudniona, gdy zamazana jest owa duchowa ojczyzna, owe korzenie, z którymi mam się identyfikować. Mając to na uwadze, łatwiej zrozumieć tajemnicę trudniejszego szerzenia polskości na emigracji, łatwiej też zrozumieć, jak trudno stać się nagle Niemcem, gdy ma się korzenie polskie.

Przenieśmy to na omawiane podwórko. Również na śląskie korzenie, wspólny śląski skarbiec dziedziczenia składają się: dziedzictwo symboli-obrazów i obrzędowości. Owo dziedzictwo symboli-obrazów tworzą: ziemie (obejmujące dorzecze górnej i środkowej Odry), język (a właściwie trójjęzyczność i czerpiąca z niej śląska gwara), historia (z ciągłymi przemieszczeniami) i religia (w zasadzie katolicyzm z niewielkimi elementem protestantyzmu). W związku z tym rodzą się zasadnicze pytanie: Czy więc można powiedzieć, że wyliczone wyżej elementy w zupełności pokrywają się z odpowiadającymi im w polskości czy niemieckości? Albo czy można powiedzieć, że obrzędowość śląska wypływa lub jest odbiciem niemieckiej czy tej polskiej obrzędowości? Moim zdaniem, można mówić o wpływach niemieckich i polskich, ale nie oznacza to możliwości utożsamienia z jednymi lub drugimi. Zarówno w śląskiej obrzędowości, jak i w śląskim dziedzictwie symboli i obrazów znajdziemy jednocześnie elementy polskie, niemieckie i morawskie. Nie znaczy to bynajmniej, te śląskość to suma tych trzech rodzajów elementów.

Tu jest „coś” więcej! Już same wpływy ościennych narodów, mają tu inny charakter niż rosyjskie na Mazowszu, niemieckie w Wielkopolsce, czy austrowęgierskie w Małopolsce. Wpływy (wątki) morawskie, niemieckie i polskie na Śląsku oddziaływały przez wieki; stopiły się tworząc pewne „novum” etniczno-kulturowe. Mocno może tu przemówić już samo zestawienie przełomowych dat. W latach 990-1335 Śląsk znajduje się w granicach Królestwa Polskiego, w latach 1535-1524 należy do Korony Czeskiej i razem z nią w 1524 roku wchodzi w skład monarchii naddunajsklej Habsburgów. Rok 1740 przynosi wcielenie Śląska do Prus, przy których pozostaje do 1945 roku [5].

Jeszcze jedno. Śląsk to nie tylko miejsce spotkania odrębnych ludów słowiańskich. Śląsk to miejsce spotkania odrębnych kultur: słowiańskiej i germańskiej, ślady tego właśnie spotkania tkwią w każdym Ślązaku. Tworzą one całą przedmiotową stronę śląskości, owe korzenie, owo dziedziczone uniwersum. Dlatego wydaje się, że jeśli Ślązak chce zachować swoją tożsamość, jeśli identyfikować się ze swymi „korzeniami”, może to czynić czując się w pełni tylko Ślązakiem. Stąd trudno odeń wymagać, by określał się Niemcem albo Polakiem. Gdy więc będąc obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej powie: „Jestem ślązakiem”. On chce być po prostu sobą. Chciejmy go zrozumieć. Owo zrozumienie Jest tu najważniejsze.

Jest to naprawdę konieczny warunek na drodze do pojednanie. To jest principium wszelkich dążeń zmierzających do ocalenia Śląska i śląskości, na czym chyba wszystkim nam powinno zależeć. Spróbuję to teraz uzasadnić, odwołują się do wielowiekowego historycznego doświadczenia „Śląskiej krainy”.

3. Wołanie o możność realizacji śląskiego „bogactwa”

Do końca X wieku Śląsk był polityczną granicą polsko-czeską, a od XII. wieku stał się również polsko-niemieckim pograniczem kulturowym, językowym i politycznym. Będąc zatem ludnością pogranicza, Ślązacy posiadali w swej świadomości pierwiastki polskie, niemieckie, a nawet morawsko-czeskie. Kiedy więc znienawidzeni w całej Rzeszy Niemieckiej Prusacy próbowali narzucić tylko kulturę niemiecką i to w pruskim wydaniu, Śląsk – w odruchu obrony – zamykał coraz bardziej swoją dotychczasową wielką otwartość. Część na zasadzie reakcji przechyliła owe uczucia na stronę polską, szczególnie w dobie zagorzałego „Kulturkampfu”. Zdecydowana jednak większość po prostu zasklepiła się w sobie nie angażując się ani po jednej, ani po drugiej stronie. Podział Śląska po I. Wojnie Światowej najpierw doprowadził do bratobójczej walki, a ostatecznie wyostrzył, w nieco już większej grupie, u jednych propolskość, u innych proniemieckość. Mimo to jednak zdecydowana większość znowu pozostawała tylko Ślązakami. Potem, z czasem, wielu Ślązaków w Polsce zaczęło żywić uczucia proniemieckie, a wielu Ślązaków w Niemczech uczucia propolskie. Przyczyną były niespełnione nadzieje oraz naciski i szykany strony niemieckiej i polskiej. W związku i tym wielu też upewniało się, że i jedna, i druga strona są niewiele warte i najlepiej nie angażować się, dbając jedynie o wierność rodzimej śląskiej tradycji. – Wreszcie czas powojennego wstrząsu. Najpierw zbójecko-rabunkowy najazd Armii Sowieckiej, potem weryfikacja ludnościowa i akcja przesiedleńcza pełna niesprawiedliwości i zbrodni [6], a w końcu trwający po dzień dzisiejszy czas piętnowania, różnicowania i przemilczania. Tak, czas trwający po dzień dzisiejszy. Jeszcze na przykład pod koniec lat siedemdziesiątych, grożono rodzicom wyrzuceniem syna ze szkoły, tylko dlatego, te w czasie przerw na korytarzach słychać było jego śląskie gadanie. Zresztą, podobnych przykładów można by podać trochę więcej. Owoce takiego stanu rzeczy dziś widzimy, dziś czerpiemy. To nie germanizacyjna akcja Niemców, ale „superpolska” postawa władzy i ludności napływowej zniemczyła wielu Ślązaków. Raz jeszcze nie zrozumiano bowiem śląskości i Ślązaka. Raz jeszcze próbę narzucenia swego, przeciągnięcia na swoją stronę, zakończyła się fiaskiem. Ale owe niepowodzenia w dwóch ostatnich wiekach, najpierw strony niemieckiej a teraz polskiej, są niepomiernie mniejsze od przegranej samego Śląska, od ceny, którą zapłaciła śląskość. Bojaźliwość i przesadna ugodowość, dwutorowość życia, indywidualizm, utylitaryzm, społeczna apolityczność, zasklejenie się w sobie i niemal kompletny brak inteligencji (pomijając cały rabunkowy wyzysk gospodarczy), to najbardziej jaskrawe przejawy zubożenia. „Zubożenie” jest tu chyba dobrym określeniem. Pozostała bowiem gospodarność i solidność w pracy, pozostało związanie z Kościołem, dbałość o ład i porządek, ale wykradzione zostały i przepadły takie „drogie kruszce i kamienie” jak otwartość, wielobarwność i zróżnicowanie, a przy tym – organiczna całość. Przez wieki całe przeplatające się nawzajem wątki niemieckie i polskie, tu i ówdzie czesko-morawskie stanowiły prawdziwy „róg obfitości” całej śląskości. Nie było wtedy mowy o żadnej germanizacji czy polonizacji. Kultura polska i niemiecka, na obrzeżach czesko-morawska a w enklawach żydowska stapiały się ze sobą, tworząc przebogatą mozaiko-podobną „skarbnicę” Śląskiej Ziemi. Niemieccy osadnicy, chłopi w ciągu wieków przechodzili na język polski jako język dnia codziennego. Mieszczaństwo zaś śląskie mówiąc od wieków po niemiecku, nosiło polskie nazwiska. Ślązakiem było się niezależnie od języka. I nikt – jak to jest dzisiaj – nie wyzywał jednych od Szwabów i Hanysów, a drugich od Hadziajów i Goroli. To była ziemia otwarta dla wszystkich. Wszyscy czuli się tu dobrze, wszyscy byli u siebie, w domu. Wielojęzyczność, zróżnicowane zwyczaje i obrzędy nie były przeszkodą; szanowano je; widziano w nich bogactwo. Dlatego nie dziwiły nikogo msze i nabożeństwa w języku polskim, niemieckim czy morawskim (są jeszcze i dziś nad czeską granicą parafie, gdzie śpiewa się nieszpory po morawsku). Na największym miejscu pielgrzymkowym Śląska Opolskiego, na Górze św. Anny, dla lepszego jeszcze pogodzenia, wprowadzono nawet wspólne odpusty. W jedną niedzielę dla tych, co modlą się po polsku, a drugą dla tych, co modlą się po niemiecku [7]. Ba, aż do II. wojny światowej kościelne rytuały drukowały obrzędy chrztu, ślubu i pogrzebu w obowiązkowym języku łacińskim oraz polskim, niemieckim i morawskim. Etniczno-kulturowa różnorodność, stanowiąca jednak całość, to śląska specyfika. Przez cale wieki jest to rdzeń śląskiego bogactwa, stanowiący o śląskiej tożsamości po dzień dzisiejszy.

Niestety, nie wszyscy nawet Ślązacy zdają dziś sobie z tego sprawę. Dlatego zagubieni w świecie błądzą; dlatego nie potrafią zachować swojej śląskiej tożsamości. Chcę więc tu przywołać ze swej pamięci ks. Antoniego Kaleję, zmarłego przód kilku laty proboszcza mej rodzinnej parafii. Wyświęcony przed wojną, w latach trzydziestych, przez ponad 50 lat pasterzował w dekanacie oleskim. Gdy rządzili niemieccy naziści bronił polskiego wątku kulturowego. Zabiegał o nauczanie języka polskiego, choć sam bardzo go kaleczył do końca swoich dni. Gdy przyszły komunistyczne rządy polskie, namawiał do tego, by kultywować język niemiecki i związane z nim tradycje. W tym więc pierwszym czasie widziano w nim Polaka, w tym drugim mówiono: „To Niemiec”. I tak przez całe życie był szykanowany. Raz za niemieckość, raz za polskość. Tymczasem on po prostu był Ślązakiem. Ani nie germanizował, ani nie zabiegał o polonizację. Zabiegał o przetrwanie śląskiego dziedzictwa, bronił bogactwa śląskości. On wiedział, iż tym bogactwem jest wielość w jedności. Wiedział, że w tym właśnie tkwi zasadnicza wartość całej śląskości.

Tutaj dotarliśmy do drugiego ważnego momentu, na który w tej swojej refleksji chciałem wskazać. Najpierw chodzi mi o zrozumienie śląskości. Sprawa druga, to jej zaakceptowanie. W tej akceptacji idzie zaś o uznanie wartości Śląska i śląskości oraz o jej rozwijanie i stałe tworzenie. Aby uznać w czymś wartość, trzeba najpierw tę wartość dostrzec. Stąd starałem się pokazać bogactwo śląskości analizując je na tle historycznym. Chciałbym jeszcze krótko owo bogactwo, ową wartość śląskości ukazać z innej strony.

Ojciec Napiórkowski w jednym z dawniejszych numerów miesięcznika „Jednota” porównuje człowieka otwartego na dialog ekumeniczny do człowieka stojącego na granicy. Człowiek taki – jak powiada – ma wgląd w jedną i drugą rzeczywistość i dlatego łatwiej mu te rzeczywistości zrozumieć i łatwiej mu te rzeczywistości godzić z sobą. Myślę, że porównanie owo na tej samej zasadzie można odnieść do Ślązaka. Jest to bowiem ten człowiek, który od wieków całych przez przemijające kolejne pokolenia, dosłownie stoi na granicy. Patrząc z tej perspektywy dostrzegany więc jeszcze jeden rys śląskiego dziedzictwa. Rys ten jest szczególnie wymowny w obecnej dobie, w czasie, w którym na tylu miejscach i coraz głośniej mówi się o jedności Europy. Może tu trochę przesadzę, ale wydaje mi się, że takie właśnie „ludy pogranicza”, jak lud śląski jako pośrednie ogniwa mogą się okazać bardzo istotne. Historia śląska zwłaszcza do XIX. wieku i zawarte w niej bogactwo jednania społeczno-kulturowego, a nawet dwa ostatnie wieki zmagań o zachowanie tegoż bogactwa, mogą być pięknym drogowskazem na drodze ku jedności. Ośmielam się więc nazwać Śląsk i śląskość prekursorem społeczno-kulturowego ekumenizmu. Powie ktoś: „Przesada”. Być może. Zauważmy jednak, że to właśnie na Śląsku przez tworzenie takiej a nie innej śląskości, od wieków całych, realizuje się – choć najczęściej nieświadomie – jednanie, o które dziś się woła. To właśnie owo jednanie, jednanie różnorodności było zawsze samym rdzeniem śląskiej tożsamości.

Tak więc idąc dwoma drogami: historii i współczesności, starałem się pokazać bogactwo, wartość śląskości. Bogactwo to domaga się akceptacji, ochrony i rozwoju. Czy tak będzie? Zależy to od nas wszystkich.

Zakończenie

W swoim liście na Wielki Post 1990 roku biskup A. Nossol wzywa do pojednania Ślązaków i przybyłą zza Buga ludność polską. Jeśli chcemy, by to się dokonało, to – moim zdaniem – droga jest tylko jedna. Jest to droga prosta, ale szalenie trudna. Trzeba po prostu przywrócić Śląskowi okradzione bogactwo wielokulturowości, różnorodności i szerokiej otwartości. Niech będą znów zrzeszenia i związki. Przywróćmy z rozwagą, podkreślam z rozwagą, możliwość mówienia i modlenia się w języku polskim, niemieckim i morawskim. Żadna to germanizacja. Tak było od wieków i właśnie to dawało scalenie i jedność.

Jakie zatem stają przed nami zadania? Jedni i drudzy muszą chcieć zrozumieć. I jedni, i drudzy muszą na nowo dojrzeć bogactwo i wartość śląskiego dziedzictwa. Akceptując je zaś muszą starać się o jego rozwój. Dlatego jedni nie mogą przeszkadzać, inni muszą budować. Wtedy nastąpi pojednanie i uratowana zostanie śląskość.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że droga będzie bardzo trudna. Chodzi bowiem nie tyle o przełamanie zewnętrznych struktur, ile raczej naszą mentalność. Najtrudniej wyprostować wewnętrzną konstytucję człowieka, ludzkiej społeczności. Nigdy nie można do końca przewidzieć działania mechanizmów oraz ich wszystkich skutków. Ponadto przemiany potrzebują dłuższego czasu oraz… mediatora.

Tę rolę – moim zdaniem pełnić może tylko Kościół i to nie wyłącznie ten na Śląsku, ale cały Kościół w Polsce. Wynika to z jego posłannictwa i autorytetu. Tego domaga się Chrystusowa opcja na rzecz ubogich. Opcja odnowiona, na nowo zaakcentowana w teologii wyzwolenia, a w tym wypadku będąca opcją na rzecz od ponad dwóch wieków kulturowo „skrępowanych” Ślązaków. Można powiedzieć inaczej: teologii wyzwolenia potrzebuje nie tylko Kościół latynoamerykański, ale również cały Kościół, w tym Kościół w Polsce. Wychowywanie do prawdziwej wolności swoich wiernych jest zadaniem stojącym przed dzisiejszym Kościołem, także, a może zwłaszcza w Polsce. To jest pierwszym zadaniem Kościoła, jeśli chce wspomóc wysiłki zmierzające do demokracji, prawdziwej wolności i uratowania bogactwa kulturowego bez wyłączania Śląska.

Jeszcze poważniejsze zadanie stoi, oczywiście, przed Kościołem na Śląsku. Zadanie to jest obowiązkiem i prawem tego Kościoła. Śląski lud był Kościołowi zawsze wierny, zaś Kościół stawał przed trudnym zadaniem przechowania jego kulturowego bogactwa. Formy działania na dziś i jutro trzeba, oczywiście, opracować. Nie ma gotowych recept. Z całą jednak pewnością nie mogą one pomijać dwóch zasadniczych momentów: formowania świadomości i pracy na rzecz angażowania się wiernych. Troska Kościoła o uświadomienie i zaangażowanie w śląskość, zarówno Ślązaków, jak i przybyłych na Śląsk w kwestii ratowania Śląska i śląskości jest sprawą zasadniczą, konieczną i pilną. Tę troskę trzeba rozwijać i pogłębiać z kościelnych ambon i w katechetycznych salkach. Nie można też zapominać o niej w Seminariach Duchownych. Trzeba zabiegać o oświadomienie i społeczne zaangażowanie Śląskich rodzin i śląskich rodzin parafialnych, rozbudzać u wszystkich na nowo umiłowanie ziemi i śląskiego bogactwa kulturowego. Od Kościoła w dużej mierze zależy, czy Śląsk pozostanie naprawdę Śląskiem, czy też go w ogóle nie będzie.

Przypisy
[1] Patrz: Znak 39(1987) nr 390-391, 5-215; 40(1980) nr 394, 66-98; Stefan Bratkowski, Za zdrowie milczących, Tygodnik Powszechny (1989) nr 41, 1; J. Ruszczewski, Pogranicze – Grenzland. Polacy i Niemcy na Śląsku, Tamże, (1989) nr 50, 5 i 7; T. Horak, Jestem z Górnego śląska…, Gość Niedzielny (1989) nr 40, 1 i 4; tenże, Góra spotkania, tamże, nr 47, 1, 4 i 5.
[2] Por. A. Nossol, Potrzeba pojednania dzisiaj. List pasterski biskupa Opolskiego na Wielki Post 1990 r.
[3] Por. Bratkowski, art. cyt., 1.
[4] Tamże
[5] Por. K. Dolny Śląsk miejscem spotkania kultury polskiej i niemieckiej w dobie humanizmu, Studia Teologiczno-Historyczne Śląska Opolskiego 8(1981) 219-232.
[6] Patrz: Ruszczewski, art. cyt.
[7] Por. Horak, Góra spotkania, 4.

Źródło: ks. bp dr hab. Andrzej Czaja, Fenomen Slaski, „Teologia w Polsce” 22:1990 s. 27-38.

8 myśli nt. „Fenomen Śląski”

  1. Dlatego nie dziwi mnie, że biskup nie może zrozumieć dlaczego Palakom zależy na tym by formalnie cześć z nich przyjęła Jezusa Chrystusa za Króla Polski.
    Gdyż jako Ślązak nie rozumie Polaka.
    Dla Ślązaka narodowość jest kwestią serca.
    W oddziałach polskich byli ludzie nie znający polskiego i na odwrót.

  2. Genialne slowa, jedynie co mi brakuje to adaptacja kresowian jako szczepu slazakow, tak jak ci ow kolonisci z Bawarii, Szwabii, Saksoni. Ludnosc naplywowa z Polski to nie kwestia lat 1945+, nie jeden slazak zwlaszcza ze wsh. G/S by sie zdziwil zagladajac w archiwa archidircezji ze niektorzy jego przodkowie maja wpis „aus Pohlen”, kwalic nalezy tych ktorzy nasz jezyk slaski przejmuja bo to oni stajaja sie tym zywym szczepem Kresow na Skasku, i prowadza do pojednania. Ile generacji zetwa jeszcze az czlowiek z przodkiem zza Buga stanie sie Slazakiem?

  3. Mocno może tu przemówić już samo zestawienie przełomowych dat. W latach 990-1335 Śląsk znajduje się w granicach Królestwa Polskiego, w latach 1535-1524 należy do Korony Czeskiej i razem z nią w 1524 roku wchodzi wskład monarchii naddunajsklej Habsburgów. (Ksiądz Biskup chyba pomylił datę 1535 z 1335 kiedy Kazimierz Wielki zrzekł się Śląska na rzecz Czech!)

    1. No przecież to ‚literówka’ tylko, że w cyfrach, zamiast 1335 napisał 1535, bo jak sam Pan cytuje: ‚w latach 1535-1524 należy do Korony Czeskiej’, widzi Pan, że data jest podana błędnie, bo czas nie leci do tyłu.

  4. Bardzo Dziękuje za tą publikację , jest wczerpują , treściwa i w pełni sie pod nią podpisuje .
    Kazdy ruch na rzecz Śląska i Ślązaków powinien moim zdaniem traktować go jak Śląski dekalog , wtedy zrozumiecie o co chodzi Ślązakom …. polecam polecam

    1. Trzeba podziękować przede wszystkim bp Czai, który doskonale opisał to, co gra w naszej śląskiej duszy. Takiego biskupa diecezja katowicka może pozazdrościć.

    2. UMILOWANE Z GEBI SERCA – ZGOLA JEST TO, CO WIDAC Z WIEZY PARAFIALNEGO KOSCIOLA. NATOMIAST, Z WYSOKOSCI SATELITY, CHWALA WIDOKI JEDYNIE – ELITY.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: