Horst Bienek: Był taki kraj…


Był kraj na południowo-wschodnim krańcu rozległego państwa, oddalony i na wpół zapomniany przez stolicę, pokryty zielonymi i czarnymi lasami, byli tu jeszcze węglarze i żyły łosie, i były zabobony, i żyli honorowi zbójcy, którzy gdzie indziej już wymarli; na brzegach rzek mieszkańcy opowiadali sobie o duchach gór i o wodnikach i kreślili krzyż na drzwiach swoich domów, by zło nie przeniknęło do środka. Ziemia była tutaj ciężka i gliniasta. Plecy ludzi stawały się krzywe, kiedy orali i chodzili za wołem, kiedy sadzili kartofle i buraki albo siali żyto, owies i jęczmień. Dbali, jak o własne dzieci, by owoc wzrastał i rozwijał się, i dojrzewał, by wiosną nie przewiał go mroźny wiatr, by latem nie zabrała go powódź. A gdy nadszedł czas żniw, nadjechali na koniach mężczyźni z miast albo z wysokich zamków i żądali swojej części. Była to duża część, gdyż mówili, że do nich należy ziemia i wszystko, co na niej rośnie. Tak więc zabrali im wszystkie owoce ziemi, i drzewa wycinane w lasach kazali spławiać w dół rzek, podczas gdy biedni chłopi wygotowywali z buraków ostatnią słodycz i śrutowali w żelaznych walcach pozbierane po żniwach ziarno na swój chleb powszedni, a w zamkach bogaczy zimą do późnej nocy paliło się światło i muzyka grała do tańca – to była nierówność, której nie można było powetować. Przyszedł czas, kiedy tutaj, w tej ziemi odkryto węgiel, czarne złoto, i przybyli tu ludzie ze wszystkich stron. Zjeżdżali głęboko pod ziemię i wydobywali węgiel, czarne złoto, i znowu przychodzili z zamków i mówili, że do nich należy ziemia i wszystko, co w niej jest, i dali robotnikom za to zarobek, którego wysokość wyznaczyli samowolnie. Ale teraz także robotnicy mogli sobie pozwolić na to, by w ich chatach paliło się światło, za te pieniądze kupowali sobie wódkę i śpiewali jak panowie w zamkach, tylko bardziej grubiańsko i głośniej. I pluli krwią i węglem z płuc, kładli się i umierali albo ginęli od wybuchu gazów. Ci, co kopali węgiel, posługiwali się mową, która nie była rozumiana przez tych na powierzchni i z której tamci się naśmiewali. Była to mowa, która była mieszaniną słów wszystkich tych, którzy przyszli tu boso, zewsząd, to była mowa tych golców, grubiańska, twarda, ordynarna mowa, gdyż takie było ich życie, twarde, ciężkie i zwykłe, a że chcieli zarobić parę fenigów więcej, musieli z właścicielami mówić tym językiem, albo używać nowego słowa, które właśnie powstało – strajk – które bosonogim udowodniło, że bez ich pracy ziemia nie daje nic ze swego bogactwa. I dostali pięć fenigów więcej za szychtę, obliczali, ile mleka albo chleba mogą sobie za to kupić, zaś posiadacze zarabiali na tym dziesięć marek więcej i wyliczali sobie, czy mogą z tym pojechać do Kudowy Zdroju albo do Franzensbad, to była prawdziwa nierówność, której nie można było powetować. Tak więc wielu bosonogich odeszło. W mocnych butach poszli do Zagłębia Ruhry albo do kopalń Belgii czy Francji, bo tam dostawało się parę centimów więcej i wydawało się, że słońce świeci nieco dłużej niż na Wschodzie, ale ono ich nie grzało, gdyż to nie były ich strony ojczyste. Ci, którzy zostali w domu, odkryli, że wierzą w jednego Boga, do którego modlą się w dwóch różnych językach. Zaczęli się spierać o ten kraj, a przecież wcale do nich nie należał, i zabijali się nawzajem, a kiedy ów kraj został ostatecznie podzielony i kiedy ustalono nową granicę, bogaci pozostali po obu stronach bogatymi, a biedni po obu stronach pozostali biednymi i siedzieli znowu u bogaczy w kieszeni.

Źródła:

tekst: Horst Bienek, Opis pewnej prowincji, Gdańsk1994, s. 75-76.
ilustracja: Antoni Romanowicz, Ziemia magnata pruskiego. Kąsek roli Ślązaka pocztówka propagandowa, 1920.

%d blogerów lubi to: